W ostatnich dniach, w przestrzeni medialnej, pojawiła się wypowiedź obecnego prezydenta Warszawy odsłaniająca rąbek tajemnicy dotyczący zapatrywań włodarza Stolicy odnośnie przyszłości miejskich inwestycji infrastrukturalnych, w tym dalszej realizacji warszawskiego metra. Okazuje się, że jedynym pomysłem Rafała Trzaskowskiego na kontynuację jego budowy jest unijny budżet na lata 2028-2034. Innymi słowy, po ponad 20 latach od wejścia Polski do Unii Europejskiej i po blisko 10 latach od objęcia urzędu w Warszawie, jej prezydent nie widzi innej możliwości finansowania rozwoju największego i najbogatszego miasta tej części Europy niż poprzez brukselskie dotacje. Pytanie, kto miałby je nam zapewnić? Niemcy, którzy w swojej szczodrości i empatii nie przewidzieli w swoim przyszłorocznym, krajowym budżecie nawet złamanego feniga na wypłatę odszkodowań dla jeszcze żyjących, polskich ofiar II Wojny Światowej? Może Francuzi zgodnie z do niedawna jeszcze powtarzanym przez samego Rafała Trzaskowskiego postulatem ‘więcej Paryża w Warszawie’ (zdaje się, że od pewnego czasu już nieaktualnym)? Może Hiszpanie wzmocnieni właśnie i wzbogaceni pół milionem nowych obywateli? A może właśnie Belgowie mający przecież doświadczenie w budowie metra i to o podwójnym zastosowaniu, czyli także jako schronieniu dla ludności cywilnej (każdy, kto był w Brukseli i przeciskał się między setkami koczujących w nim bezdomnych, nie zapomni tego widoku do końca życia)? Jak widać jednak mimo tego, prezydent Miasta st. Warszawy nie wyobraża sobie sposobu finansowania rozwoju Stolicy Polski innego niż wieszanie się u europejskiej klamki i zbieranie resztek z pańskiego stołu.
Pomijając absurdalność i całkowitą nieskuteczność takiego myślenia, jest ono charakterystyczne dla tych wszystkich właśnie, którzy na przestrzeni ostatnich lat doprowadzili Europę i jej mieszkańców do największego kryzysu w historii od powstania Unii Europejskiej – tzw. ‘bobos’ (od francuskiego bourgeois-boheme). Ludzi, którzy nie przepracowali w swoim życiu ani jednego dnia, pięknoduchów i bonvivantów, którym wydaje się, że pieniądze biorą się z niegraniczonych zasobów mitycznej ‘Unii’, a jedynym dodatkowym, znanym im sposobem, na ich pozyskiwanie jest nakładanie przez urzędników coraz większych podatków, danin, kontrybucji, opłat oraz kar na uczciwie i ciężko pracujących obywateli.
Niestety, z klasycznym przykładem takiego ekonomicznego hipstera (fr. ‘bobo’) mamy do czynienia w Warszawie w osobie jej obecnego włodarza. Zróbmy zatem wszystko, żeby po wyborach w 2029 roku przywrócić normalność, szacunek dla wartości i etos pracy, a Stolicą rządziła osoba mająca życiowe i zawodowe doświadczenie wykraczające poza zakres nauk ideologicznych wykładanych na kosmopolitycznych uniwersytetach. Mająca wiarę w Warszawę i jej mieszkańców. W ich przedsiębiorczość, pracowitość i zdrowy rozsądek.